— Dlatego,że Galapagos, wybaczenia nie będzie: ale tylko sobie. Tobie wszystko i zawsze.
Konina na plaży razy dwa
— Dlatego,że Galapagos, wybaczenia nie będzie: ale tylko sobie. Tobie wszystko i zawsze.
Share | No Responses to “Konina na plaży razy dwa” | Leave a Reply
Chcę podbić serce.
Chcę podbić Twoje serce. I złożyć w pamięci ciepło moich dłoni. Choć lepiej w gęsiej skórce przejawiać mnie, niż przeinaczać w głowie słowa, i wrażenie czułości. Bym chciała bardziej.
Ale może lepiej, że słyszę rano dźwięk łopaty odgarniającej śnieg, niż słyszę bicie serca za ułamkiem poduszki, czy mgnieniem oka. Jak wolisz. Chcę podbić moje serce i rozpaść się choć raz sensownie: naprawdę dla kogoś, nie dla siebie. Korzeniami wrastać w podwórko, przy młynie, rozdrapywać rany, niedozmywanego talerz, i czule, czule, w nieskończoność czule gładzić, całować, łaskotać, gryźć też w nieskończoność czule.
Nie mogę płakać nad sobą. Tak nie wolno, jak się nic nie wie.
Share | No Responses to “Chcę podbić serce.” | Leave a Reply
Jahn Miller, Unfortunetly
1. Nie wiem, wydawało mi się, że to jest proste i oczywiste, że jeśli czujesz, to musi być na to jakaś reakcja. Śmieszny człowiek, w budzie z kości i skóry. A co jeśli nie? Jeśli nie mam dla kogo robić kawy w sobotę? Co jeśli ten wyścig z kruszejącym ciałem jest nikomu nie potrzebny, a ja sam podkopuję normalność (dla śmiechu oczywiście)? A co jeśli nigdy nie będą z kimś i dla kogoś? i nie myl tego, Kochanie, z banalnym stwierdzeniem, że jestem i będę sam. JA będę bez kogoś.
26.11.2011
2. Mam na imię Jack. Mam na imię. Ma… Praquet (tak naprawdę)
Dziś poczułem co to znaczy, być podmiotem w zdaniu. Dziś zrozumiałem człowieka stojącego, z musu, obok, któremu rzygać się chce na mój widok, przez mój zapach, przeze mnie: przez litery wypisane w mailu, tak pozornie bezosobowe moje imię, na wspomnienie o mnie. To ja wywołuję ten grymas na twarzy, zmianę głosu, i tężenie mięśni. Wszystko to mimowolnie. To jak uczulenie — nie ma na to rady, można tylko jakieś leki brać i unikać bodźca.
— Płynąć gdzieś takim statkiem, to wszystko załatwi…
— Przede wszystkim, radzę wam niczym się nie przejmować! Niezły masz biceps…..
— Trenowałem trochę.
— Uważaj…
Mogę coś? Nawet “niczego” nie mogę.
— Przepraszam, że żyję. Przepraszam, że żyłem. To się nie powtórzy. Tylko szybciutko przepiszę się na wasz katolicyzm
27.11.2011
3. Siedzisz na tym zydelku, popierdolony, i zbierasz w kopertę: szara, popisaną, zestemplowną, zbierasz z podłogi perełki-łezki, diamencik-z-cipki, wysrane żale i smuteczki, i ugniatasz je brudnymi paluchami, co by się wszyściutkie zmieściły w jedną przesyłkę, w jedną paczkę, której nigdy nie nadasz na żadnej poczcie, nigdy nie doniesie jej listonosz, i ona nie przeczyta w tą środę, czy tamten piątek, i tak na tym stołku, zgarbiony Papilionek, wysmarkasz w rękaw te swoje niby-emocje, niby-uczucia ćmy, nie człowieka, bo nie-po-ludzku tak gnijesz w tym pokoju, bez okien, bez nadzieii, zgorzkniały dzieciaczek , wrosły w podłogę, przeklęty i przeklinający siebie, i mnie za te perełki, ta te złotka i sreberka po cukierkach, zachłyśnięty winem z bąbelkami, napierdalasz ckliwe wierszyki i dopychasz do koperty, doklejasz nitki, odpluwasz flegmę prosto z trzewi zgniłych, prosto z serca – mówisz, nie śpiewasz, nie kaszlesz, nie kochasz, nie palisz, nie żyjesz. Oj tam,oj tam.
Z pamiętniczka – Janka. 28.11.2011
Share | No Responses to “Jahn Miller, Unfortunetly” | Leave a Reply
Wieczność. Albo dupa. Jak wolisz. Jhan Miller
Mam coś dla Ciebie [powiedział Zeg, patrząc na Labradora, który na trawniku cieszył się psim życiem]: ryba duszona w pietruszce, w czymś zielonym, w każdym razie: może być tez cukinia, z serem: pleśniak. Duszona, smażona z tym makaronem, tym no… bavette? i odrobiną białego aceto; kilka małych pomidorów przypalonych z muscavado, albo jakieś coś słodkie… (?). I naleśniki z imbirem, zawijane z dżemem z gorzkich pomarańczy lub porzeczek białych może, posypane zgniecionym zielonym pieprzem… (— Jestem gruba… [to Chloe z pokoju krzyczy]). Kocham. Piękna jesteś.(—Idę spać. [Chloe kłamie. Jest jej już bardziej obcy niż znajomy]).
Idziesz spać Chloe.
Jest noc, a ja śpię obok Ciebie. 21.10.2011. Radio(…)
Share | No Responses to “Wieczność. Albo dupa. Jak wolisz. Jhan Miller” | Leave a Reply
Jahn Miller mówi
Krwawiłem dla Siebie przez zabezpieczone usta (kondom, extra safe), po to by nerka zaśpiewać mogła wątrobie: o jezzzzu, jak mi w tobie dobrze. Również prze gumkę, próbowałem powiedzieć Tobie, że nie da się wyżyć bez kasy na tym pustkowiu. I wkładałem sobie paluszka, nie Tobie, i wkładałem sobie skarpetki po Jacku, nie Tobie. Wylądowałem: jest tu ładnie i schludnie, czekam w kolejce na wycięcie jąder i lewatywę. Będzie dobrze: nowe, gorsze jutro czeka w pokoju nr 22. Tylko jedna ramka ze zdjęciem rodziny na biurku. Ja nie mam rodziny. Mogę mieć zdjęcie kogoś obcego. (…) Pani Basia przyniosła tulipany – nie wiem. Mam przed soba taka zaśnieżoną drogę. Nie wiem, mam przed sobą sześć godzin , później pozmywam naczynia. Pani Basia mówi, ze tak się nie da dłużej, że powinienem zacząć w końcu kolorować schematy.
Share | No Responses to “Jahn Miller mówi” | Leave a Reply
Cytując klasykę
“(…) Bycie samemu jest jednak zboczonym kurestwem, wbrew temu co głoszą Wszyscy Święci. Jest przewyjebanie smutnym kawałkiem gówna z poutykanymi świecidełkami. Zrzygasz się z rokoszy, jak wdepniesz to już przesrane. [Śmiech z offu, bo płacz będzie potem...] A jednak modlę się do fikcyjnego Boga, by nigdy nie pokarał mnie “zakochaniem” i “pożądaniem”, i sprawił, że nic się nie powtórzy. Zielona okładka książki: “jeśli jesteś z kimś, a ona jest z tobą, to nigdy nie bluźnij »samotnością«”: i tu napotykam, ja doświadczony psycholog, na niewyobrażalnie wielka stertę niejednoznacznych interpretacji, nie do ruszenia: zawsze to wróci, i zawsze usłyszę skowyt trzustki do wątroby: pierdol się! Więc się pierdoli moja mała. Bez jaj. A może by śmiertelnie zachorować? Na jakiś wypadek drogowy? Przecież mam dobre okazje średnio trzy, cztery razy dziennie biegnąc przez przejścia dla pieszych, przejazdy dla rowerów, spływając (…). tymczasem może pozbieram witaminę A – do emerytury za trzy grosze, nazbieram całą śmierć.”
Jahn Miller / No-Creation
Share | No Responses to “Cytując klasykę” | Leave a Reply
Powiedziałam, że jest dobrze
- Jak się masz? Jak tam po urlopie?
- Fajnie. Planuje samobójstwo. A ty?
- Musze iść na zebranie.
Trzy rozmowy. Kawa. Sok. Osiem godzin w pracy. Kawa. Sok. Co za ulga.
Share | No Responses to “Powiedziałam, że jest dobrze” | Leave a Reply
Wzruszenie pełne, i pół ćwierci czyli “nie płacz”
Wiem, że życie toczy się dalej, szczególnie z perspektywy koła, czyli idealnej formy kwadratu, który jest jedynie niepełnosprawnym dzieckiem prostokątów. Być może chodzi też o to, że tęsknie za plażą śmierdzącą śledziami. Wiem, ze tracę pamięć , która pozwalała mi na szczerą nienawiść i popadam w zdyszane poranki pełne wątpliwości. Naprawdę to zabawne, kiedy tak się nie przemieszam po mieście, i wtedy cały dzień już wypłoniony wątpliwościami, a potem zdycham-wdycham i nie widzę tego miasta, bo go nie będzie za mojego życia („Pamiętnik przetrwania”). Moja miłość. Za mną. Za sobą, właściwie.
Share | No Responses to “Wzruszenie pełne, i pół ćwierci czyli “nie płacz”” | Leave a Reply
To może opowiedz coś o sobie, Paul.
Nocą naszedł mnie sen. Ale zanim go opowiem , bardzo bym chciała żeby mi go ktoś, później zinterpretował. (Uwaga człowieku: jeśli już chcesz wpisać poniżej jakiś banał, proszę zrezygnuj. Dziękuję)
Sen. Na podwórku stoi muszla klozetowa. Zapchana. A ja ją ratuje. Przepycham ale to nie działa, wygarniam gołymi rękoma ogromne ilości kupska jakie tam ktoś walnął, w rożnych konsystencjach. I nic. Nagle coś zaczyna bulgotać, i prychać i wypływają w kupie chleby: całe wielkie bochenki, i już wiem ze to nimi był przepływ zatamowany. Jeszcze oczyszczam kibelek z reszty kału (naprawdę tego dużo było, po łokcie) i idę myc ręce. Buty tez oczywiście w skórkach po chlebie i kupsku.
Kran stoi po drzewem , i tak myje, myje i nic.
Jest słoneczny piękny dzień!
Budzę się…
P.S.
Na rowerze żadnych przygód. Na rowerze smutek.
Share | No Responses to “To może opowiedz coś o sobie, Paul.” | Leave a Reply
Jak podaje rozkład jazdy, mam opóźnienie, ale to nie znaczy to co myślisz.
No i stało się: pierwsze dwa psy pośród sadów wiśniowych zaliczone. Tymczasem w sadzie suka wali kupę pod jabłonią. Był też sen, w którym ludzie mogli poruszać się w trzech prędkościach: prędkości groszku, prędkości cebulki, i prędkości światła, i nie było już PKP tylko kolejki-pociągi miejskie, połączone z siecią wind w biurowcach, które jeździły we wszystkich kierunkach po futurystycznym mieście. a teraz dygresja: pachnie budyniem poziomkowym. Prędkość groszku była akceptowalna, a le prędkość cebulki to już straszny obciach , i trud przełączenia się na świetlną. Ale jakoś szło… i jeździło. Bardzo ładne miasto z opuszczonymi dworcami.
Mieszkałam w podziemiach, na najniższym poziomie i świat tam wyglądał jak spikselowana rzeczywistość z pierwszego Wolfsteina, a ja mieszkałam w małym pomieszczeniu pośrodku. Byli też tam inni, ale tylko po to by pookładać paczki, i była też tam Ona, i tańczyła w cieniu obok starej żółtej taksówki (to na pewno była scena z gry). I chyba wiem, co Terapeuta by na to powiedział. A potem Ona miała kapelusik, i mówiła że już 3 września, a ja wiedziałam że mam przesrane w pracy, bo dwa dni wcześniej śniło mi się że przypadkiem wywołałam rewolucję kobiet, i musiałam się obudzić bo chciały żebym niosła transparent a ja nic nie rozumiałam ich postulatów. Pan powiedział, że jeśli to dobrze rozegram to będę miała wszystko, a ja musiałam siku i była już 7.21.
Na obiad był kurczak, i dlatego zostało dużo koperku, jak samo przez się rozumie. I musiałam dzwonić, musiałam. Ale… Ech. Kawa z mlekiem. Imbir w słoiku, i te dwa dziadowskie psy.
Myślę że to ma sens.
Share | No Responses to “Jak podaje rozkład jazdy, mam opóźnienie, ale to nie znaczy to co myślisz.” | Leave a Reply
Miłość nie istnieje, tak apropos….
Dzisiaj, a dokładnie wczoraj, postanowiłam zostać rowerowym żartownisiem. Mam taki plan: kojarzycie na pewno super-hiper-rowerowców którzy potrafią jeździć ”bez trzymanki”, z rękami w kieszeniach – i ja myślę, że teraz tak oto będę żartowała: jedzie z naprzeciwka “ten oto” wysportowany, smagły mężczyzna z łapkami w kieszeniach, oczywiście szybko, ja powolna, zbliżam sie do niego, i jak go mi jam robię nagły zwrot i w jego stronę”bu!”. On się przewraca, krwawi i przeklina. Może nawet coś łamie. Śmieszne…
Jeszcze nie wiem, jak pożartować z tymi na małych rowerkach co, jak pedałują to muszą kolanami uderzać w policzki sobie: oni naprawdę dobrze jeżdżą ale dlaczego to cholery slipy podciągają pod cycki a gacie opuszczają do kolan? Równie dobrze mogliby jeszcze nakładać stringi zamiast czapek i wkładać po liściu z kapusty pod pachę.
Ale to nic nie ważne: rano na kawie widziałam artykuł o hipsterach (nie czytałam tylko spoglądałam), i przypomniała mi się dziewczyna która na 100% chciała być modna i na czasie, a strasznie się umęczyła. Nazwę ja dziewczyna-pistacją, bo tenże kolory, jak się zdaje miał być wiodący (chyba że zielony, a nie wyszło). Pistacja miała niepistacjowy kapelusz słomkowy, i bardzo niedziałający rower, na którym ledwo jechała, o on co chwila wydawał odgłos typu: łłłiiijaaa, łłłłłiiijaaaa… Pistacja miała też źle ustawione siodełko, więc obijała pupkę i posuwała sie zygzakiem. Głupio- będzie ja bolała kość ogonowa. Pistacja miała też szalik, mimo temperatury 32stC, i w dodatku bolerko chyba wełniane. Niestety nie doczekałam się wkręcenia szalika w koła, bo… ! minął mnie wesoły chłopiec, który chciał zaimponować innym, jak robi hopkę ponad krawężnikiem, spadła mu koszulka przewiązana w pasie, i to on już za chwilę stał sobie z boczku i wydłubywał resztki po koszulce z tylnego koła. Hmm, 15 km po mieście a tyle nowych doświadczeń.
Na ulubionym skrzyżowaniu przy „poniatowszczaku”, na którym zwykle stoi się około 4-7 minut, zauważyłam panią w średnim wieku, która niepokojąco wymachiwał ręką przed sobą. Jestem świniak, więc podjechałam bliżej żeby zobaczyć „co zacz”. Pani miała koronkowy wachlarz. Potem próbował ja rozjechać samochód, ale się nie poddała, na następnych światłach tęż był wachlarz. Myślę że była Brytyjka lub Japonka, bo jechała lewą stroną, spychając ze ścieżki wszystko co żywe. Dziwiło tylko to, ze tak dobrze po polsku przeklina. Resztę wycieczki poświeciłam, na śledzeniu ładnych łydek, których w tego dni a w parku było sporo. Raz zachwyciłam się dredami pięknej dziewczyny, która się okazała wychudłym nastolatkiem, ale jakoś tak światło musiało dziwnie padać, że mi się pomyliło.
Niepokoi mnie, że w tym roku żaden pies mnie nie gonił jeszcze.
Kończąc, mój nikogo nie obchodzący przydługi wywód, chciałam tylko dodać, że fakty, faktami, a „my tu musimy opierać się na twardych fikcjach, i kreować rzeczywistość”. I że miłość nie istnieje, ale za to choroby skóry są dość powszednie.
Share | No Responses to “Miłość nie istnieje, tak apropos….” | Leave a Reply
garsonka, garson! viva laxigen!
Dziś zdobyłam kolejną sprawność: jazda windą w górę i w dół. Wciska się taki guziczek ze strzałką, potem z numerkiem, potem z dwoma strzałkami, potem się sapie w zażenowaniu około 12 sekund i wysiada po krótkim pssss, które zrobiły drzwi. W ciągu tych kilkunastu sekund doświadczyłam niesamowitej, skumulowanej do granic wytrzymałości pogardy, nienawiści i obrzydzenia od nieznajomej, która mogła jechać aż na ósme piętro (czyli prawnik, albo rewizja). My piąte piętro nie jesteśmy fajni. Mamy plamy na wykładzinie, nie mamy expresu, mamy dwie toalety, z tego jedna dla kobiet jest tez toaleta dla niepełnosprawnych: nie wiem po co, bo przecież prawie i tak nie ma szans nikt w wózku dostać się powyżej poziomu chodnika.
Więc nienawiść: och te małe usteczka wykrzywiające się w tym grymasie, i oczka wpatrzone w mój ogolony łeb. Rzut oka na odbicie w lustrzanych ścianach windy: okej, wyglądam jak żart, może i miała racje? w każdym razie chodzi o to, że w głowie zaświtała mi natrętna myśl: chcesz być sekretarką, ubierasz się jak sekretarka. Chcesz zbyć garsonka, jesteś garsonką. No i co z tego?
Ano nico, ano kupa. Nadmienię tylko, że moje mikro badania nad zależnością miedzy tzw byciem elegancko ubranym (dress code) a sposobem zachowania w tak intymnych chwilach, jak jedzenie czy sranie jest odwrotnie proporcjonalne. Im lepiej ubrana, tym poziom świniowatego żarcia wyższy (sos na policzku , brodzie, czole, sałata pod paznokciami, okruchy i jogurt we włosach, chrumkanie czyli śmiech z mokrym chlebem na zębach, dodatkowo na zębach pomadka/szminka etc.), natomiast ze sraniem mam zagwozdkę, albo któraś z tych lach jest facetem (notorycznie podniesiona deska, nawet obie i nie spuszczona woda, albo kawałki papieru-takie strzępki porozrzucane po toalecie, albo w domu ma księcia który pupke podciera. Choć nie do końca, po podobno strasznie ostatnio kału na kafelkach nachlapano).
No i ja się zastanawiam: tak z czystej ciekawości: która???? do jasnej cholery, która jest tymże pomazańcem???
Abstrahując od tych tematów, które nikogo nie obchodzą, chciałam tylko dodać, że to jest trochę nie fair. Tylko nie mogę wam powiedzieć co.
Share | No Responses to “garsonka, garson! viva laxigen!” | Leave a Reply
dziś, tylko dziś!
Dziś nabyłam nową umiejętność: bycia wspaniałym kiedy tylko zechcę.Nie było wcale zaskoczeniem, że jestem wspaniała. Moja wspaniałość kosztowała mnie 1,5pln. A doliczając masło, i przyprawy i prąd , może jakieś 9pln. Jest mi tylko smutno, że tylko ja mogę siebie doświadczyć. Ale z drugiej strony aż dwa razy.
Dziś okazało się, że robie coś po czym euforycznie chichoczę, uśmiecham się bez sensu, oblizuje, mam zaczerwienione palce, wylizuję głęboki talerz, sapię i pojękuję już po, i obwąchuję drewnianą łyżkę. Tak, nie będę nikogo okłamywać: robię najzajebistszą botwinkę we wszechświecie. Niestety nigdy jej nie spróbujecie.
Dziś też dowiedziałam się o kilku nowych “mykach”, jak zdradzać, żeby się nie dowiedział/nie dowiedziała. Jest jedna słabość w każdej metodzie: zakłada się, że jest się cwańszym, że się oszukało. Nie zakłada się, że druga strona też uczestniczy w tej olimpiadzie (tak, tak pięciobój, sporty drużynowe, i też niestety dopping), i że jest się oszukanym. Choć oczywiście oszukaństwo, zdrada, niewierność to pole, co ja mówię płaskowyż Nazca (z tymi wszystkimi niedomówieniami i zagadkami), do rozważań filozoficznych i społecznych (jak i uniwersyteckiej paplaniny) nad kondycją człowieczeństwa.
Nie ma człowieka, który by nie został jakkolwiek zdradzony w swoim życiu: począwszy od dzieci oszukujący rodziców, po nastoletnie kiśle w mózgach, przez małżeństwa bez pokrycia, po starość która dużo nie pamięta i bywa goryczą niemocy. I wszycy mają rację, i nikt nie ma racji. Banał, wiem. No i ?
Hmm.
Zjadłabym coś, bo na rower jest za ciemno. Chyba, że się jakoś o niego w korytarzu po prostu potknę.
Może bakłażana na pikantnych truskawkach pod puszystym mascarpone z nerkowcami i cząstkami czerwonej pomarańczy? i do tego jakieś Negroamaro Wine Festival albo Petit Verdot.
P.S.
róbcie botwinkę, świat jest pełen buraków!
Share | No Responses to “dziś, tylko dziś!” | Leave a Reply
wczoraj, zawsze wczoraj
wczoraj jadąc sobie na rowerze z dusznego parku, do dusznego śródmieścia miałam okazję wykonać coś na kształt “salto mortale”, pod wpływem zachowania pewnego radosnego pana jadącego na mecz, który postanowił pogonić pieszych z pasów, a rowerzystów ze ścieżki rowerowej. ja skończył na ciasnym łuku, a pan na drugim pasie po ostrym hamowaniu. potem popatrzyliśmy sobie głęboko w oczy i rozjechaliśmy się do domów (nawet nie krzyknął “wpierdolmy łysej” co czasem się zdarzało).
kilka minut potem widziałam jak samozwańczy-policjant rowerzysta ganiał pieszych, którzy weszli na ścieżkę rowerową, wjeżdżając im na stopy, szczególnie upodobając sobie starsze panie z ciężkimi siatami. mruczał pod nosem “zajebać takich”.
to był ciekawy dzień – obok almy jakiś kurdupel zsiadł z kolarki i walnął pompką przechodnia za to że stał na ścieżce rowerowej, a inny pan zsiadł ze swojego miejskiego i “jebnął” kurdupla, w stylu “co chuju robisz…”. pieszy uciekł – chyba bał się, że jeszcze ja mu coś zrobię, bo przecież zbliżałam się na rowerze.
w każdym razie, zrozumiałam, dlaczego piesi w siadając do samochodów, próbują pozabijać rowerzystów.
Nawiązując do mojego wcześniejszego posta na temat hokeistów czeskich, którym kibicowałam, jak i kreta, który wyżarł mi dłonie (ale na szczęście miałam tyle kasy żeby sobie przeszczep zrobić, wiec jest już dobrze), chciałabym dodać na koniec mojego długiego wywodu, iż nabyłam umiejętności naprawy elektrycznego młynka przy pomocy strumienia wody i nie kopnął mnie prąd, a to jest sukces.
Share | No Responses to “wczoraj, zawsze wczoraj” | Leave a Reply
Jahn Miller
(…)Wczoraj siedziałem u mojego lekarza. Lekarza, doktora, nauk medycznych w dziedzinie ulotnej. Pana od emocji, któremu pocą się dłonie. Naciskał na zwierzenia o rodzicach, a ja myślałem o udach Anki. Miałem bardzo złych rodziców, tak mówi lekarz i każe mi się leczyć z nich. A ja wiem, że kiedy myślałem o jej brzuchu, moi rodzice sami , w ciszy wyłupywali sobie oczy.” Jestem bardzo złym dzieckiem” – powiedziałem głośno, a pan lekarz zamilkł. W końcu. “Czy kiedykolwiek pan pomyślał, że byłem o wiele gorszym dzieckiem, niż oni rodzicami, że powinni się ze mnie leczyć?”.
Ania przyjechała po mnie na Gdańską, a potem pojechaliśmy do niej. Wiedziałem, że jak zwykle muszę zmykać przed 19.00. Chciałbym w końcu nie musieć w ogóle z nią nigdzie jeździć(…)
Share | No Responses to “Jahn Miller” | Leave a Reply
euro
kilka dni temu nabyłam umiejętności “hydraulik”, po próbie przepchania zatoru Kretem (kret też utknął jako żrąca zbrylona forma w kolanku); naprawa rach ciach po 2 godzinach była udana, nawet i uszczelki wkręciłam tam gdzie trzeba, jedyne co to poparzenie chemiczne od roztworu żrącego Kreta. w nocy myślałam o bąblach które na pewno pokryją mnie cała, ale rano się okazało że nic anic. aż tu nagle! dziś rano czuję , że mam coś między palcami: to była moja skóra, która się zaczęła wykruszać i już cały dzień kruszy się nadal.
kończąc, mój, nikogo nie obchodzący wywód chciałabym tylko podsumować to tak , że uważam iż :) Czesi powinni wygrać bo przecież są lepsi w hokeja.
Share | No Responses to “euro” | Leave a Reply
Poniżej czyli wcześniej to Świat Realny Pana Jacka, który był.
Powyżej , to Świat Zastany, który się Mija.
Enjoy!
p.s.
żeby nikt nie maił wątpliwości kto tu jest, i kim jest.
Share | No Responses to “” | Leave a Reply
Stygmatyczka
— Kiedy tak patrzysz na mnie, to skraca mi się droga, która mam do przejścia.
— Nie rozumiem… Co ty pieprzysz znowu?????!!!!
***
Byłem wczoraj u Radka i powiedział , że możemy spróbować z tym samochodem, to znaczy ona ma kumpla , który ma znajomego, który ma kuzyna, który… no wiesz, … ? W każdym razie jest szansa na to, ze pojedziemy nad Zalew, za miesiąc, moim czerwonym amerykańskim wielkim Mustangiem. Yesss… Patrz, już ciemno o osiemnastej.. Chcesz kanapkę? Litewski z pastą miso (— Cha, cha cha —jej śmiech i zmarszczki wokół oczu. Kocham. Przełykam ślinę. Myślę o zdjęciu sprzed kilku lat: takie stare ciało, takie młode dłonie. Kurwa mać!). Nie wiem, może sok. Pomidorowy. Tabasco (?), chyba ich popierdoliło… A ty? (—…jakiś alkohol w domu?). Whisky, pepsi, przeterminowana maślanka (—… co ty ..? ). Kocham Cię (— …co?… zaraz!). Kupiłem filmy: stalker, U, totoro, śniadanie u tiffaniego, wielkie pytongi, lourdes, żiżek (—… choć tu…). Kocham Cię. Z każdym dniem piękniejesz (—…nie teraz…). Staram się. Mam coś dla Ciebie: ryba duszona w pietruszce, w czymś zielonym może być tez cukinia, z serem: pleśniak. Duszona, smażona z tym makaronem, tym fajnym bavette, i odrobiną białego , gruszkowego aceto, kilka małych pomidorów przypalonych z muscavado, albo teryaki. I naleśniki z imbirem, zawijane z dżemem z gorzkich pomarańczy lub porzeczek białych może, posypane zgniecionym zielonym pieprzem… (— Jestem gruba… ). Kocham, piękna jesteś.(—Idę spać.). Idziesz spać.
***
Jest noc, a ja śpię o TE cholerne 3mm od Ciebie. Wieczność, Next Life… Kurwa, kurwa, kurwa!!! Śnię o Twoim uchu, i plecach, ale najbardziej o uchu. Och zapadam się w nie, i wtulam sie w ta przedziwną chrząstkę wyrosła z boku głowy:dziwadło, przez które szaleję. Twoje ucho, jest lepsze niż Twoja wagina. Nie lepsze: jak inne,jak onieśmielające, jak… hmm. Dziwne te uszy, aksamitny króliczku. Śnię o tym, że kształtujesz moje dłonie swoimi stopami. Śni mi się, jak mówisz do mnie, śnią mi się słowa, śni mi się ulga, i wysiłek, i odpowiedź, śni mi się tembr Twego głosu. Jestem żałosnym dupkiem. Hmm… Śnią mi się chińskie latawce, i moja dłoń na Twoich plecach. Ptaki wyją w lesie. Śni mi się czesto, że głaszczesz mnie po głowie. Potem wstaję: 6.23. Jadę do pracy: tramwaj nr 14, trasa obok sztucznego jeziora.
***
Nie wiem co robić, pomimo życia, które jest milion razy ważniejsze niż histerie. Dobranoc (—Może to zabiorę…?)
***
Wybacz mi proszę. Co kolwiek sie stanie. (—Jacuś, Jacuś..)
Share | No Responses to “Stygmatyczka” | Leave a Reply
Nie, nie kocham Cię wcale. Nie, nie jestem wredną pizdą.
O taki płacz po kolana mi chodzi. Taki płacz po kolana. (proszę, nie rób mi Tego)
Share | No Responses to “Nie, nie kocham Cię wcale. Nie, nie jestem wredną pizdą.” | Leave a Reply
Jestem Akwarium. Nie “w”.
Powinienem w tym miejscu napisać List do Ciebie z wyjaśnieniem, i do Siebie – jako gest “ulgi”. Nie potrafię tak żyć. Nie potrafię być . Zresztą… to już niema znaczenia.
p.s.
kiedyś napiszę , bo nie potrafię Ci powiedzieć jak bardzo boli Serce. Jak mi jest ciężko. Tak zwyczajnie, ciężko co rano w stawać i ufać, że jednak to jakoś minie.
Wiesz?, nienawidzę miłości. Fajnie.
Share | No Responses to “Jestem Akwarium. Nie “w”.” | Leave a Reply
Spojrzałam przez okno.
Niepotrzebnie.
Share | No Responses to “Spojrzałam przez okno.” | Leave a Reply
z FB
Nie ma żadnej pieprzonej idei. Nie ma szeptów w ucho. Jestem szczęśliwy i nieszczęśliwy jednocześnie. Spierdalam w podskokach. Jestem szeptany wsobnie. Brudny różowy. Spijany fantazjami o pornograficznych emocjach prosto z pępka. Twojego. Brudny różowy. Zielony całkiem. [xxx]
Share | No Responses to “z FB” | Leave a Reply
Casa Gualda. Singular
— Jestem zmęczony tym wszystkim, co mnie nie dotyczy, a w co wszedłem, a właściwie wokół czego krążyłem, mając nadzieję na “uczestnictwo”. Jestem zmęczony. Mógłbym mówić długo, dlaczego tak się stało, i co czuję (“nie czuję”), ale radio zbyt głośno gra, i nie słyszę własnego chrapania. Ważne, że ta świadomość jest w głowie i trzewiach. Choć to… (a.d.2: “Chyba nie mam co udawać, że w jakikolwiek sposób uczestniczę w innej intymności, niż ta, która jest li tylko wyciem do pustego słoja po ogórach: tak zwyczajnie, po pijacku, raniutko, bez, brak, bubel… cha cha cha”. W notesiku, na biureczku. A zwyczajnie chciałbym się z Jackiem, zamienić na życia, lub umrzeć, i spełnić kolejny żywot reinkarnacji: z każdym kręgiem jestem bliżej, mam nadzieję, że Ty nie jesteś dalej. A jeśli tak, a jeśli nie to co potem? W burdeliku. Na kółeczkach. Strzelanina na torach)
Share | No Responses to “Casa Gualda. Singular” | Leave a Reply
Nie wolno
Klaszcz. Przecież klaszczę. Klaszcz!
— Patrz, bawią się ze sobą…
— Tak, dobrze … dobrze, prawda?
— Tak.
Co z nami będzie, kurwa, co z nami będzie?
Z nami?
A z kim?
Nie wiem…
— Hmmm…
— Co?
— Już nic.
Gdzie jesteś? Aha, Dobrze. Ale tam jest Ci wygodnie, bezpiecznie, ciepło ci? Najedzona? To dobrze… to dobrze… Ja? Hmm, wziąłem, to znaczy biorę, to jest jakby taki stan “wszystkich ewentualności”: nie bądź zła, bo przemyślałem to z punktu widzenia … Och, nie wiem, jak ci to wytłumaczyć. Co to za dźwięk? A… To idź otwórz. Kto to ? Jacek? Jaki Jacek? Nieważne? Jak chcesz? O czym mówiłem? Nie ważne, kiedy indziej, zajmij się gościem. Do usłyszenia.
— Głodny?
— Tak.
— Sushi?
— Tak.
— Więc chodźmy.
— Tak…
cyt, cyt, cyt..
Bycie samemu jest jednak zboczonym kurestwem, takim przewyjebanie smutnym kawałkiem gówna z poutykanymi świecidełkami. A jednak modlę się do fikcyjnego Boga, by nigdy nie pokarał mnie “zakochaniem” i “pożądaniem” i sprawił że nic się już nie powtórzy.
Zielona okładka książki: “jeśli jesteś z kimś, nigdy nie bluźnij »samotnością«”: i tu napotykam, ja doświadczony psycholog, na niewyobrażalnie wielka stertę niejednoznacznych interpretacji , nie do ruszenia: zawsze to wróci, i zawsze usłyszę skowyt trzustki do wątroby: pierdol się!. Więc się pierdoli moja mała.
A może by śmiertelnie zachorować? Na jakiś wypadek drogowy? Przecież mam dobre okazje średnio 3, 4 razy dziennie biegnąc przez przejścia dla pieszych…
— To nie moja wina.
— Moja też nie.
— Więc dlaczego na mnie warczysz?
— Bo mnie zostawiasz…
— Ty mnie też.
— …
— …
Share | No Responses to “Nie wolno” | Leave a Reply
Samookaleczanie
Mam na imię Jacek i jestem samotnym mężczyzną. Nie masz swojego imienia dlatego jesteś samotną kobietą, jeśli jesteś kobietą: chodźmy w miasto, dziś można spotkać Kusturicę w parku koło nas.
Share | No Responses to “Samookaleczanie” | Leave a Reply
A co jeśli nie wystarczy mi tych kilka milisekund?
Jestem na łóżku, a ono tu na podłodze w roztrzęsionym mieszkaniu, podskakuje – lecz nie rytmicznie. Płaczę, i wyję, i szarpię włosy i wydrapuje skórę spomiędzy kości. Histeryzuję. Jestem żałosnym wykwitem na czubku małej przyjemności, i jestem zmęczona i przerażona: nie wolno mi wierzyć w przyszłość (a tu takie niespodzianki, prowokują do nadziei). Och, po c o… ? po co po co
Nie daje rady w teraźniejszości i muszę sklejać szkło; to głupie, można przecież kupić nowy słoik i wypełniać go, jak zawsze.
Chyba ogłoszę bankructwo , bo tak bardzo mi się chce…
(“Nie pisz już, kurwa, nie pisz do cholery…! “).
Share | No Responses to “A co jeśli nie wystarczy mi tych kilka milisekund?” | Leave a Reply
Hope is when someone is there who care…
Nie wierzę w nic. A jednak poranki są o sto lat i siedem świateł intensywniejsze: tylko nie umiem dotrwać tych kilku sekund. Nie wierzę w nic. Przepraszam, mam słabą głowę. Alkohol, włoski na udach. Nie wierzę w życie. Nie potrafię bez skoków w przepaść i odcinania języka, i plecenia głupot, i spazmów i trącania językami.
— Och kłamczuszku, kłamczuszku, ile jeszcze tak można?
P.S. Jak ja mogę powstrzymać ten lądolód? Jak do cholery?
Share | No Responses to “Hope is when someone is there who care…” | Leave a Reply
Front i nafta, nie krew
Sitko do przesiewania rzadkich betonowych łez.
Jestem: w stanie: nie-określonym. W tym starciu moich wojsk, z wrogimi moimi wojskami, nie wyłoniono zwycięzcy. Wszystko starte w proch. Porażka: w niwecz obrót na pięcie.
Beton na bunkier dla totalitaryzmu Mojej Cipy Powszechnej.
“Panie jasny Jezusie, spraw bym nigdy nie pożądała niczyjej niebieskiej nitki z rękawa. Każ mi spać!”
Wprowadza całkowity zakaz myślenia.
Share | No Responses to “Front i nafta, nie krew” | Leave a Reply
Wracam. Jedno wielkie NIE
Kiedy wysiadałem z samolotu, a potem kiedy czekałam 45 minut na bagaż, powróciło to uczucie ciężkich nóg i klatki ściskającej serce; patrzę na ludzi czekających po drugiej stronie szyby: to był raczej biznesowy niż turystyczny lot z Genewy.
Na kartkach powypisywane: mr Nyqvist, Fuji Warsaw, Hoirou Takeshi MIT, Anna Wallece —może za nią się podąć …eee, zorientują się, że nie jestem słodką Anną podróżującą do zimnej Polski w celach seksualno-biznesowych.
Nie mam siły wracać do domu, i z uśmiechem odczuwać pustkę i samotność, i powoli wtulać się w moje zapachy, aż znowu staną się przyjemne i nie będą mi się źle kojarzyć. Siadam i piję. Obrzydliwą kawę w centrum czarnej dupy, która jest, jakkolwiek to naiwnie nie zabrzmi-moja ziemią, moją “terra wiecznie incognita”. Amen.
Ładna kelnerka, niesamowicie długie nogi. Hmm, piękne…
Spisuję w notesie, od jakiegoś czasu zdania, które zwykle doprowadzały mnie do lodówki, do wódki, do taksówki, do burdelu, do ładownia w nie i w siebie proszków i kryształków, lepszych niż te z kalejdoskopu… Ech, spokojnie, spokojnie, jesteś żywy, żyjesz — tak czy owak. Spisuję swoje niewypłakane i niewyszlochane pogryzione żyletki (bo mężczyźni tacy, jak ja nie płaczą tylko spluwają pod nogi i palą długo, długo w kasynie potem) Ta podroż była moją osobistą porażką. Moja największa przegrana życiowa, (choć słowo gra jest nieadekwatne, nie na miejscu). Ten wyjazd, na tak długi czas, to wszystko co się wydarzyło, konsekwencje… Wiem. Wiem. Wiem i dlatego nie mam pretensji do nikogo prócz siebie, co nie znaczy, że żałuję: może tylko jednej czy dwóch rzeczy, takich błahostek, w stylu, że nie kupiłem tych kolczyków, albo że nie zaczekałem kilku minut dłużej na połączenie. Poległem na całej linii: jako człowiek, jako mężczyzna, cały ja: ciężko mi się pogodzić z tym, że nie mogę nic, nie mogę nic, nie mogę nic, nie mogę nic, nie mogę nic, nie mogę nic, że nie mogę mieć żadnej nadziei, i że zostałem z tym swoim emocjonalnym bełkotem sam: i tu nie ma niuansów. Zostałem całkiem sam, z zakazem mówienia. I sam muszę ułagodzić świat, by nie męczył się ze mną. I będę świecie milczał.
Więc powiadasz, że siostra “rezygnacja” ma teraz braciszka “całkowite poddanie”… wiesz: razem stwarzają nową jakość: cha, cha, cha… ech będzie zajebiście: jeśli tylko nigdy więcej nie pozwolę, by to gówno we mnie zakochało się i rozpłynęło w tym wypalającym wspaniałym uczuciu. Będzie dobrze: jeśli nigdy więcej nie będę kochał. Nie nie żałuję, i właśnie absurdalnie, i właśnie dlatego nie chce nigdy więcej: czułych słówek, gestów, dotyku, kochania, bliskości… nie chcę żeby znowu tak bardzo bardzo bardzo bardzo bolało-wolę te maleńkie ciosy zadawane sobie samemu, które mogę znieść pod powiekami-sam, a które zabiją skutecznie nadzieje i pragnienia. Niech zostanie to co jest, niech będą uśmiechy i kilkaset ciepłych momentów wdrukowanych w pamięć.
Nie mam pretensji do nikogo, nie oczekuję niczego. Nienawidzę miłości. Nienawidzę kochać. Nie chcę mieć marzeń. Nie zniosę tego po raz kolejny. Zresztą: już nie chcę ufać w żadne z Serc, bo ta ufność zamieni każde z Nich, w Grudkę, którą się zadławię. Sam.
Spisuję na czerwonej serwetce: zapalam papierosa: w domyśle wysyłam do Ciebie: naprawdę zgniatam i topie w kawie: wracam do domu: walę konia: idę spać.
— Dobranoc Kochanie
Share | No Responses to “Wracam. Jedno wielkie NIE” | Leave a Reply
“bez” i “z”
Pożądanie -tak, lecz bez zmartwychwstania. Pragnienie bez pełni, czy nawet ćwierci. Jestem, ale nie w orzeszku, Kochana. Olejek do kąpieli, posiekane dłonie na udach.
Jak polubić i nie wariować z zazdrości o zapach, o usta na stadzie byków? Jak mówić, okiem w oko, nie myśląc równocześnie o rozpadlinie, w której wiszę w połowie, w chuju, w kutasie, w jebanej matce ziemi… ?
— Frascati być może, ale wydaje mi się, że Asti Tobie bardziej.
Obrazek dla Ciebie, bo zapomniałam: Leżę na łące, a on zdejmuje ze mnie koszulkę i całuję po brzuchu i piersiach. Być może po cipce też, lecz słońce takie było przyjemne. Fioletowe majtki w żółte kwiaty. Zdjęte na placu budowy przez tamtego aniołka, i poduszka między udami. I jesienna zmarzła (znowu) cipeczka wygarnięta ku uciesze zgromadzonego tłumu. Szałas z opieńkami, błękitne kalosze, kałuże, posikane majtki: ci którzy byli przed watą i ligniną, nie liczą się jako prawdziwi. Ci sprzed 85 roku poszli na wojnę o lepsze mp4, ipody, i adibasy! [ramka, ramka, ramka, ramka]
Waleczne serce maj love, waleczne genitalium maj love…
Share | No Responses to ““bez” i “z”” | Leave a Reply
Głupio tak czekać i wierzyć w spazmy
Ubrany w szary płaszczyk, przesiaduję na dworcu czekając na pociąg, który przywiezie mi Ciebie. Śmierdząca syfiara z Węglowej mówi: pociągi tu już nie jadą.
Oczekiwane na cud jest gorsze. Jest też szaleństwo. Cud to wymysł kościołów, by ludzie mieli na co czekać, ja czekam na dłoń, usta, spojrzenie, na więcej, i więcej…
***
— Zapach cipki w powietrzu, zielone sukienki, zrzucone rajstopy…. czujesz?
— Stajesz… ?
— No, yaaa!
***
“(…) Dostaję drgawek, spazmy przechodzą raz za razem, z nosa cieknie ropa, i podwijam kość ogonową wytrwale: zamieniam się w skorpiona. Lub w Twój portret Dorianie. Śmieszne. To tylko bajki, to tylko histeria. Mojego szczęścia nie ma, Twoje wypełnia wannę, ogród, brzuszek dziecka, creamastera kochanka i jego brzuszek też; nakarmieni wszyscy, a ja kpię i żałośnie powtarzam, powtarzam, powtarzam słówko na K, i okraszam wyrazami zaczynającymi się na inne litery, też wielkie!!!
DO CHOLERY!!!! (…)”

